Dobromil na starej pocztówce (ze zbiorów Macieja Kandulskiego).

Niewielkie kresowe miasteczko Dobromil, położone w dolinie rzeki Wyrwy, zapisane jest w biografiach wielu ludzi nauki. Należy do nich Jerzy August Gawenda (1917–2001) – syn starosty dobromilskiego, późniejszy profesor i rektor Polskiego Uniwersytetu na Obczyźnie w Londynie, piękna i szlachetna postać polskiego uczonego-emigranta. Przed wojną, po skończeniu studiów prawniczych na Uniwersytecie Lwowskim, w 1939 roku zdążył jeszcze na krótko objąć obowiązki burmistrza Zakopanego. Później przyszły lata wojennej tułaczki, studia uzupełniające na uniwersytetach we Fryburgu i Genewie, praca w polskiej dyplomacji (sekretarz konsulatu w Bazylei) i decyzja o pozostaniu na uchodźstwie, gdzie w polskich rządach emigracyjnych kierował kolejno trzema ministerstwami: informacji, oświaty i spraw zagranicznych. Był też wicepremierem (1972–1976).

Sztambuch profesora Gawendy

Prof. Jerzy August Gawenda napisał wiele artykułów i książek, m.in. Legalizm polski w świetle prawa publicznego. Otrzymał doktorat honoris causa Ukraińskiej Akademii Nauk w Filadelfii. Ale przede wszystkim należał do głównych twórców Polskiego Uniwersytetu na Obczyźnie i był jego długoletnim rektorem (1979–1987).

Od czasów gimnazjalnych prowadził pamiętnik, uczniowski sztambuch. Zapiski z tego notatnika posłużyły mu na emigracji do napisania artykułu pt. Dobromil oczami dziecka, który opublikował w londyńskim „Kwartalniku Kresowym” w czerwcu 1979 roku. Jest to dziś unikatowe źródło do dziejów tego miasteczka. Prof. Gawenda urodził się co prawda we Lwowie, ale gdy miał cztery lata, jego ojciec, Bolesław Gawenda (żonaty z Marią z Laskowskich), został w 1921 roku przeniesiony z Mościsk do Dobromila na zastępcę starosty powiatowego. Pamiętam jak dziś – czytamy w sztambuchu Jerzego Augusta Gawendy – że starostą był endek Skarżyński, który nie lubił ojca, uważając go za „czerwonego”, bowiem był w służbie Piłsudskiego i twierdził, że włosy mu na dłoni wyrosną, zanim zostanie starostą. Skarżyński „wyleciał” w 1926 roku ze swego stanowiska, a ojciec starostą został. I jak mówił mi później w Londynie premier Felicjan Sławoj-Składkowski, był przez niego przewidziany na wojewodę wołyńskiego jako znawca zagadnień ukraińskich i żydowskich, ale przeszkodziła w tym wojna.

Do starostwa był również przydzielony dr Łoboz, którego żona (będąca siostrą gen. Wiśniowskiego) z matką Mirosława Żuławskiego organizowały przedstawienia w sali „Sokoła”.

Dobromil był czarującym miasteczkiem położonym w dolinie rzeki Wyrwy. Z jednej strony otaczały go góry, z drugiej otwarta równina ciągnąca się w kierunku Lwowa. Dziwnym zbiegiem okoliczności mieszkaliśmy nad samą Wyrwą – rzeką wyjątkowo niebezpieczną, zwłaszcza na wiosnę albo po ulewnych deszczach letnich. Wtedy to przybierała gwałtownie, znosiła mosty, czasem porywała całe chłopskie zagrody. Widzieliśmy
nie raz, jak to wszystko spływało z wielką szybkością nurtu. Prawdziwa Wyrwa – nosiła adekwatną nazwę do spustoszeń, jakie czyniła. Zalewała drogę przechodzącą przed naszym dworkiem i była kapryśna, bo tak jak potrafiła szybko przybierać, to równie gwałtownie wysychała. Czasem była tak wyschnięta, że można ją było przejść suchą stopą. Nasz dworek od rzeki oddzielała droga przejazdowa wysadzona wierzbami.

W pobliżu był duży zajazd i dwa modrzewiowe dworki. W jednym z nich mieszkał dyrektor gimnazjum mgr Mazur [Jan – S.S.N.] i jego teść, inspektor samorządu powiatowego, pan Tegiel – postrach wszystkich okolicznych dzieci. Trochę dalej stała leśniczówka, w której mieszkał leśniczy inż. Cynk z dwoma synami. Zbyszek był moim rówieśnikiem.

Idąc poprzez leśniczówkę, omijało się dwór Kanteckich oraz okazały gmach Gimnazjum Herburtów i wchodziło na główną ulicę, gdzie mieścił się duży sklep Giebułtowiczów. W pobliżu był kościół, w którym służyłem do mszy świętej, przyjmowałem I komunię i bierzmowanie. I tam kształtowało się moje rozumienie chrześcijaństwa zamykające się w sentencji: „nie rób nic złego innym, kiedy tobie dokuczają. Odpłać im raczej dobrym uczynkiem, aniżeli nienawiścią”. Takie ideały wpoiła mi szkoła dobromilska (…).

Z czasów dobromilskich zapamiętałem dzielnicę willową, w której była ogromna posiadłość sędziego Walochy – zięcia notariusza miejskiego Gliksela. Sędzia był bodaj najbogatszym człowiekiem w Dobromilu. Sensację wzbudzał jego samochód amerykański marki Chrysler – w ogóle jeden z pierwszych samochodów, jaki widziano wówczas w Dobromilu. Jego żona, Maria Walochowa, wyróżniała się urodą, elegancją i bogactwem w ubiorach. Od willi Walochów wysadzona wiśniami droga prowadziła do stacji kolejowej.

Z młodzieńczych lat pamiętam – wspominał prof. Jerzy Gawenda – wyprawy do ruin zamku Herburtów. Stamtąd widać już było wielki kompleks budynków konwiktu jezuitów w Chyrowie – tego polskiego Eaton College’u, bo tamtejszy poziom kształcenia wytrzymywał porównanie do tej słynnej, elitarnej londyńskiej szkoły średniej. Można było też wejść na Łysą Górę i stamtąd dopiero ujrzeć, jak pięknie położony jest w malowniczej dolinie Dobromil. Z kolegów dobromilskich pamiętam najlepiej Ludwika Angerera – później profesora Surrey University i Polskiego Uniwersytetu na Obczyźnie w Londynie, Z. Giebułtowicza – asystenta prof. Ehricha, powojennego ambasadora Polski w Skandynawii, oraz mego szwagra, magistra praw T. Ciećkiewicza – asesora u sędziego śledczego we Lwowie.

Stanisław S. Nicieja