Dobromil, widok ogolny, ca. 1914.

Dobromil, miasteczko położone w dolinie rzeki Wyrwy, miało wyjątkowego pecha po wojnie. Gdy geodeci poszli ze swymi urządzeniami wykreślać w myśl wytycznych konferencji w Jałcie granicę, nie mieli jasności, komu przyznać Dobromil – Polsce czy ZSRR.

Wydawało się, że o przebiegu granicy rozstrzygnie logika uwzględniająca interesy gospodarcze układających się państw, że nie zostaną poszatkowane szlaki komunikacyjne między przygranicznymi miejscowościami. Stało się jednak inaczej. Patrząc dziś na mapę południowo-wschodniej Polski, łatwo zauważyć, że na południe od Przemyśla granica państwowa załamuje się nagle i wbija klinem ku zachodowi, przecinając dwukrotnie linię kolejową Przemyśl – Ustrzyki, tak że jej odcinek Hermanowice – Niżankowice – Dobromil – Chyrów – Krościenko jest wyjątkowo uciążliwy dla obu stron, dla Ukraińców i Polaków.

Linia pijanego geodety

Z Przemyśla do Ustrzyk na znacznym odcinku trzeba bowiem przejeżdżać w zaplombowanych wagonach, bo ni stąd, ni zowąd pociąg wtacza się na terytorium innego państwa, by po chwili je opuścić.

W czasach Związku Radzieckiego na tej trasie codziennie miała miejsce absolutna paranoja komunikacyjna. Przy obsesji sowieckich pograniczników, którzy musieli wszystko, co się rusza, mieć pod kontrolą, polski pociąg za stacją Hermanowice bywał zwyczajnie „aresztowany”. Żołnierze z pepeszami na ramieniu wchodzili na schody i podesty wagonów, nie pozwalali otwierać ani drzwi, ani okien i nie spuszczali podróżnych z oka aż do stacji Krościenko.

Tam, na granicy, zeskakiwali ze schodków pojazdu, salutując odjeżdżającym. Można rzec przekornie – „Francja – elegancja”.

Był to i jest do dziś bodaj najbardziej idiotycznie wytyczony odcinek graniczny na świecie. Pocięto tam w poprzek kordonami, drutami kolczastymi szosy, drogi polne, ścieżki, a nawet groble. Prowadzono różne śledztwa historyczne w tej sprawie, chcąc wyjaśnić, jak to się mogło stać, kto był sprawcą tego kuriozum. Jest wiele spekulacji, ale jednoznacznej odpowiedzi brak.

Przeważa opinia, iż pijani rosyjscy geometrzy z pagonami oficerskimi, nie znoszący jakiegokolwiek sprzeciwu, powiedzieli: Tak ma być i koniec. Tym sposobem Dobromil zamiast w polskich Bieszczadach znalazł się w ukraińskich. Na zmianę trudno liczyć. Jedyna nadzieja, że kiedyś Ukraina wejdzie do Unii Europejskiej i zacznie obowiązywać porozumienie z Schengen, które unicestwi ten idiotyczny odcinek granicy. Wtedy do Dobromila, podobnie jak do Turki, będzie z Polski tylko kilka kilometrów i nie trzeba będzie tam jechać zakolem przez Lwów i Sambor kilometrów 150.

Letarg

Na tej granicy najbardziej stracił Dobromil. Miasteczko jakby zastygło w swej przeszłości. Otoczone szczelnym kordonem zasieków, odcięte od polskich miast w Bieszczadach, nie odwiedzane przez turystów, zamarło w rozwoju. Ma nietknięty od wieków stary układ. Mały prostokątny ryneczek z ratuszem, kościół renesansowy, cerkiew i synagogę.

Zachował się też stary polski i żydowski cmentarz. W pewnym oddaleniu od centrum, na górze modrzewiowej wznoszą się ruiny niegdyś potężnego zamku Herburtów – rodziny, która dała temu miasteczku sławę i bogactwo. Właściwie Herburtowie mieli siedzibę główną w pobliskim Felsztynie i nazwa Dobromila pochodzi prawdopodobnie od powiedzenia jednego z Herburtów: „stąd dobra mila do Felsztyna”.

Większość etymologów twierdzi, że nazwa ta pochodzi od starosłowiańskiego imienia. Miasteczko bardzo spopularyzowała w połowie XIX w. pisarka księżna Izabela z Flemingów Czartoryska (1746-1835) z Puław, która w 1818 r. wydała bardzo popularną książkę, dziś powiedzielibyśmy bestseller, pt. „Pielgrzym w Dobromilu”.

Wznawiano ją wielokrotnie przez cały XIX wiek. Była to w rzeczy samej gawęda historyczna o dziejach Polski zilustrowana czterdziestoma portretami książąt i królów, a gawędę tę snuł przybyły do Dobromila żołnierz Kościuszki, przeplatając ją różnorodnymi naukami moralnymi o potrzebie życia w cnocie i w miłości do ojczyzny. Książka, choć niewiele miała z miasteczkiem wspólnego, rozsławiła nazwę Dobromil, które kojarzono głównie z kopalniami soli i wielkim składem win węgierskich.

Gniazdo Herburtów

Początki Dobromila wiążą się z rodziną Herburtów. Mieli oni przybyć ze Śląska, korzystając z przywileju księcia Władysława Opolczyka, który nadał im w 1374 r. w tej okolicy dobra. Herburtowie okazali się dobrymi gospodarzami.

Na przestrzeni dziejów miasta było ich kilkudziesięciu. Niektórzy z nich zapisali się w historii Polski. W 1566 r. król Zygmunt August za wierną służbę tronowi wynagrodził Stanisława Herburta, pozwalając mu przekształcić wieś Dobromil w miasto na prawie magdeburskim. Kilka lat później Szczęsny Herburt na górze modrzewiowej wzniósł zamek obronny z czterema bastejami. Do dziś przetrwała tylko jedna z nich, potężna, wielokondygnacyjna, ośmiokątna, z fragmentami fryzu arkadowego, a na niej tablica z herbem Herburtów i z inicjałami S.H.K.L. (Stanisław Herburt kasztelan lwowski).

Przez wieki zamek w Dobromilu był obiektem wielu ataków i inwazji Turków, Tatarów i Węgrów Rakoczego. Barwną postacią był jego właściciel Jan Szczęsny Herburt (1567-1616) – znany swego czasu awanturnik i przyjaciel słynnego warchoła i watażki Stanisława Stadnickiego, zwanego „diabłem łańcuckim”, o którym napisano kilka powieści i nowel autorstwa m.in. Jacka Komudy, Kazimierza Korkozowicza, Adama Krechowieckiego, Józefa Hena, Aleksandra Fredry i Władysława Bełzy.

„Diabeł łańcucki” trafił nawet na obraz Jana Matejki „Kazanie Skargi”. Jego dzieje to pasmo rozbojów i różnych okrucieństw. W zamku w Łańcucie w lochach trzymał swoich wrogów i poddawał ich okrutnym torturom.

Otoczony oddziałem polskich i węgierskich swawolników siał strach i spustoszenie w całej okolicy. I właśnie takiego kompana miał Jan Szczęsny Herburt i gościł go często w swoim zamku w Dobromilu. Razem przystąpili też do rokoszu zebrzydowskiego, czyli buntu przeciwko królowi Zygmuntowi III Wazie, i objęli tam wspólnie z Mikołajem Zebrzydowskim i Januszem Radziwiłłem przywództwo, próbując maksymalnie ograniczyć władzę królewską. Zyskali duży posłuch wśród szlachty, ale ostatecznie przegrali z królem w bitwie pod Guzowem w 1607 r.

Jan Szczęsny Herburt miał dwoistą naturę, bo z jednej strony był zapalczywym, krnąbrnym swawolnikiem, a równocześnie był utalentowanym pisarzem politycznym, krzewicielem nauki i oświaty. On to założył w Dobromilu drukarnię i powierzył jej kierownictwo Janowi Szelidze. Wydawano tam ważne dzieła literackie, a wśród nich dwie sławne polskie kroniki Wincentego Kadłubka i Jana Długosza.

Ufundował też wraz z żoną Elżbietą z Zasławskich klasztor Bazylianów w sąsiedztwie zamku. W 1647 r. Dobromil otrzymał prawo prowadzenia wielkiej hurtowni win węgierskich. Herburtowie systematycznie rozbudowywali miasto. Oni też wznieśli tam najokazalszy zabytek, który dotrwał do naszych czasów, renesansowy jednonawowy kościół Przemienienia Pańskiego z dobudowanymi po bokach okazałymi kaplicami. Jedna nosi charakter mauzoleum grobowego Herburtów, druga otrzymała za patronkę św. Kingę.

Ród dobromilskich Herburtów wymarł całkowicie w połowie XVII w. Wiąże się z tym legenda o orłach dobromilskich. Rozpowszechnić ją mieli, a może i wymyślić lirnicy siedzący na gruzach zamku Herburtów na modrzewiowej górze. Według ich pieśni po śmierci kogoś z rodziny Herburtów natychmiast na pobliskich skałach pojawiał się siwy orzeł.

Tych szlachetnych ptaków ciągle przybywało, a ich rozmnażaniu towarzyszyła pomyślność rodziny Herburtów. Aż ostatni ich potomek, namiętny myśliwy, ciągle krążący po okolicy z nieodłącznym potężnym łukiem, któregoś dnia z nudów wymierzył strzałę w siedzącego na skale orła i przeszył mu pierś. W następstwie jeszcze tego samego dnia umarł w nocy jego najmłodszy synek, a orły nagle na zawsze odleciały. Po kilku tygodniach zmarł sprawca tego nieszczęścia, zamykając tym samym ostatecznie dzieje sławnego dobromilskiego rodu.

Żuławscy – wyjątkowe stężenie talentów

Z Dobromilem związane są dzieje Żuławskich – licznej, jednej z najbardziej artystycznych rodzin polskich. Zadziwia w niej różnorodność i rozmiar talentów.

Gdy tylko skupimy się na XX wieku, to w studiach biograficznych natrafimy z tej rodziny na Jerzego Żuławskiego (1874-1915) – filozofa, dramaturga, krytyka i poetę, mającego dziś trwałe miejsce w literaturze polskiej choćby tylko jako twórca fantastycznej trylogii księżycowej pt. „Na srebrnym globie”, po której zyskał przydomek „polskiego Herberta Wellsa” (tego od „Wehikułu czasu”). Gdy przekroczył czterdziestkę, poszedł do Legionów Piłsudskiego i tam w okopach nabawił się tyfusu, tracąc życie.

Miał trzech wybitnie utalentowanych synów: Marka (1908-1985) – malarza, krytyka, eseistę, który na emigracji w Londynie portretował królową brytyjską i należał do najlepszych sfer artystycznych jako wyjątkowy esteta; Juliusza (1910-1999) – poetę, prozaika, tłumacza, prezesa polskiego Pen Clubu, znawcę twórczości Byrona i Wilde’a, oraz Wawrzyńca (1916-1957) – muzykologa, kompozytora, taternika, który zapisał się też w dziejach światowego alpinizmu jako jeden z najbardziej odważnych i ryzykanckich ratowników górskich, co w końcu przypłacił życiem, śpiesząc z pomocą zaginionym kolegom: przysypany lawiną pod Mont Blanc, został tam na zawsze, bo ciała jego nie znaleziono.

Bratem Jerzego był Zygmunt Żuławski (1880-1949), jeden z wybitniejszych działaczy Polskiej Partii Socjalistycznej, poseł na Sejm, publicysta, ojciec Jacka Żuławskiego (1907-1976) – również wybitnego malarza, postmodernisty i rektora Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku.

To tylko, aby nie zmienić artykułu w książkę telefoniczną, skromna litania nazwisk artystycznego klanu Żuławskich. Należał do nich również brat Jerzego i Zygmunta – Sławomir Żuławski. Ten z kolei był zapalonym myśliwym i samorządowcem. W latach 20. XX w. pełnił urząd starosty w Tarnowskich Górach, a później do drugiej wojny światowej był sekretarzem starostwa powiatowego w Turce niedaleko Dobromila. I to on najbardziej związał się rodzinnie z Dobromilem.

Według legendy rodzinnej, którą w sposób nieco frywolny opisał Andrzej Żuławski w swojej skandalizującej książce pt. „Nocnik 27 XI 2007 – 28 XI 2008”, jego dziadek, Sławomir, studiując na Uniwersytecie Jagiellońskim, poznał dwie siostry Wiśniowskie z Dobromila: starszą Helenę i młodszą Marię. „Dziadek był – pisze Andrzej Żuławski – wysoki, mefistokruczy, hakonosy, milczący, zabójczy”. Pewnego dnia przyjechał do dworku Joanny i Adama Wiśniowskich w Dobromilu, aby oświadczyć się o rękę ich córki, Heli.

„Ale rezolutna i zadurzona w przystojnym młodzieńcu jej młodsza siostra Maria – jak pisze wnuk – wślizgnęła się w pościel demonicznego pięknisia po ciemku w nocy”, czego owocem był Mirosław Żuławski, późniejszy pisarz i ojciec Andrzeja. Skandal w rodzinie był niepomierny. „Jak mogłaś to zrobić siostrze!” – krzyczeli zrozpaczeni rodzice. „Bo go kocham!” – odpowiadała, łkając, Maria. Hela doznała szoku i z żalu oraz zazdrości aż okulała. I tak jej zostało. Utykała do końca życia. Po ślubie młodzi małżonkowie długo mieszkali razem z Helą, bo chciała być przy nich mimo wszystko. Miłość bowiem przybiera różne formy.

Sławomir Żuławski kochał góry i dziką przyrodę. W rodzinie Żuławskich był odmieńcem, bo nie znosił czytania, a pasjonowały go polowania i wędrówki z flintą po lasach. Wychowywał swoich dwóch synów twardą ręką. Pięknie i dowcipnie o tych praktykach pedagogicznych ojca napisał jego syn Mirosław: jak to był uczony pływania, polowania, dobrych manier, prawdomówności i elegancji. „U nas przy stole – czytamy we wspomnieniach Mirosława – nie wolno było grymasić ani mówić „nie lubię”, a kiedy to się komuś z nas wymknęło, ojciec nakazywał surowo: daj gębę psu oblizać i marsz do pokoju. A pies domowy, potężny Nero, zawsze leżał pod stołem i chętnie wykonywał swoją powinność długim, mokrym jęzorem”.

Sławomir Żuławski, prawnik z wykształcenia, nie był artystą, choć lubił teatr i brał udział w amatorskich przedstawieniach w teatrze w Turce. Ale jego żona, opisana wyżej „sprytna” Maria z Wiśniowskich, urodzona w Dobromilu, była pisarką, autorką sztuk dramatycznych dla dzieci.

nto.pl